„Szalony wtorek” w LOT – skorzystałem

  • POZ-CDG-POZ 24.09 – 27.09 – 404,13 zł
  • POZ-FCO-POZ 30.12 – 04.01 – 396,10 zł
  • POZ-IST-POZ   17.11 – 20.11 – 395,69 zł [aktualizacja]

Jak donoszą blogi specjalizujące się w wyszukiwaniu promocji lotniczych (www.fly4free.pl i mlecznepodroze.pl) niespodziewanie na stronie LOT-u znalazły się bilety w super cenach na loty aż do lutego 2010 (włączając Święta i Sylwestra).

Poszukałem, powęszyłem, sprawdziłem i zarezerwowałem – tak więc, weekend wrześniowy w Paryżu, a Sylwester w Rzymie.

Czytaj więcej

Walencja – dzień ostatni

Na ostatni dzień naszego pobytu zaplanowaliśmy sobie Bioparc Valencia. Naprawdę ogromne przeżycie. Ogród zoologiczny bez krat. Zwierzęta od odwiedzających oddzielone tylko niskimi barierkami i korytkami rzecznymi, których nie mogą przeskoczyć.
Lew – na wyciągnięcie ręki oddzielony tylko grubą szybą – cena 21,5 EUR – naprawdę warto.

Ostatni punkt zwiedzania Museo Taurino de Valencia. Niewielkie muzeum (bezpłatnie) w pobliżu areny walk byków.

Podsumowując Valencja jest piękna o każdej porze roku. Nawet zimą. Gorąco polecamy odwiedzenie tego wspaniałego miasta.

 

Zobacz dzien piąty                              Zobacz galerię

Czytaj więcej

Nowy Rok w Walencji

Na Nowy Rok nie mieliśmy żadnych szczególnych planów.

Dzień rozpoczęliśmy od Mszy Św. w Basílica de la Virgen de los Desamparados (Bazylika Matki Bożej Opuszczonych).
Podczas porannego rekonesansu dowiedzieliśmy się, że na 14 planowane jest uczczenie Nowego Roku fajerwerkami na szerokiej ulicy Paseo de la Alameda.

Czas dzielący nas do pokazu spędziliśmy spacerując, pięknymi również o tej porze roku, ścieżkami ogrodu botanicznego Jardines del Real. Jak tu musi byc pięknie wiosną …

W końcu przyszedł czas na fajerwerki. Cały spektakl zrobił na nas raczej negatywne wrażenie. Kto wymyślił fajerwerki w biały dzień?? Kupa dymu i huk… Oto cała zabawa :(

Korzystając z bliskości stacji metra (Alameda) szybciutko przemieściliśmy się nad morze. Tam zjedliśmy noworoczny obiad.

Dalej już tylko spacer plażą, podziwianie kąpiących się ochotników i żal, że człowiek znów o rok starszy :)

 

Zobacz dzień trzeci                              Zobacz dzień piąty

Czytaj więcej

Sylwester

Sylwestrowy poranek rozpoczęliśmy od spaceru starym korytem rzeki Turia. Wśród boisk sportowych, deptaków, fontann, skwerów po czterdziestu pięciu minutach spaceru doszliśmy do Centrum Nauki i Sztuki. Swoją drogą jesteśmy pod wielkim wrażeniem jak można zmienić bieg zalewającej miasto rzeki i w jaki sposób można wykorzystać jej stare koryto. I to wszystko zaledwie w kilkadziesiąt lat.

Na dzisiejszy dzień mieliśmy wykupione wcześnej bilety do Oceanarium.
Cały obiekt robi naprawdę wielkie wrażenie. Z informacji wynika, że jest tutaj 45000 zwierząt, reprezentujących ponad 500 gatunków. Super doznaniem jest spacer najdłuższym, podwodnym tunelem w Europie. Ponad 70 metrów ścieżki wśród różnych okazów ryb pozostanie w pamięci na zawsze. Najfajniejsze jest to, że wśród zwiedzających, większym zainteresowaniem niż ryby cieszyli się dwaj nurkowie czyszczący szyby. Drugi, krótszy tunel znajduje się w pawilonie z rekinami. Tu również jest na co popatrzeć.

W południe załapaliśmy się na pokaz w delfinarium. Niestety nie był to pokaz najwyższych lotów. Być może pogoda i okreś świąteczny sprawiły, że 15 minut pokazu ciągnęło się niemiłosiernie. Najlepszy jaki widzieliśmy był na Teneryfie w Loro Parque.

Jednak samo Oceanarium zrobione jest super i warto wydać trochę ponad 20 EUR, żeby poobcować trochę z fauną morską (to nic, że za szybami).

Po ponad czterech godzinach spędzonych w Oceanarium wróciliśmy piechotką do domu.

O północy zjedliśmy tradycyjne 12 uvas na szczęście. Uwierzcie, że nie jest łatwo wepchnąć do ust w ciągu 12 sekund (podczas bicia zegara) 12 winogron. Co ciekawe w noc sylwestrową nie odbywają się tutaj wielkie imprezy z koncertami. Właściwie wszyscy chodzą do knajpek. Mieliśmy wrażenie, że do wielu z nich możnaby wejść z ulicy i zjeść sobie sylwestrową kolację z lampką szampana. Zresztą w pewnym momencie zaczepił nas facet, który pewnie szukał kompletu gości do jednej z knajpek.

Uvas zjedzone, szmpan wypity – witaj Nowy 2011 Roku.

 

Zobacz dzień drugi                              Zobacz dzień czwarty

Czytaj więcej

Valencja – dzień drugi

Dzień rozpoczęliśmy od Mercado Central. Wielka hala, w której można kupić świeżutkie warzywa, owoce, ryby, mięso i sea food’s. Pięknie poukładane pomarańcza, mandarynki, klementynki, winogrona i inne owoce południowe przyciągają wzrok i sprawiają, że chce się ich skosztować. Podobnie rzecz się ma z mięsem i owocami morza. Co ciekawe drób sprzedaje się bez obciętej głowy. Czyżby trudno było odróżnić kaczkę od kury?

Po zrobieniu drobnych zakupów i odstawieniu ich do domu przyszedł czas na pierwszy spacer po Walencji za dnia. Rozpoczęliśmy od Plaza de la Virgen i Basílica de la Virgen de los Desamparados (Bazylika Matki Bożej Opuszczonych). Niestety ilość odprawianych tam Mszy Św. skutecznie pozbawiła nas możliwości dokładniejszego zwiedzenia. Bez problemu udało nam się za to zobaczyć przepiękną Szopkę Bożonarodzeniową w Katedrze. Mieliśmy szczęście, bo chwilę później ustawił się już niezły ogonek i trzeba było trochę czekać.

Po szybkim przebiegnięciu stoisk z „pamiątkami” na Plaza de la Reina udaliśmy się w poszukiwaniu Tourist Info. Chceliśmy sobie kupić Valencja Tourist Card. Niestety w punkcie przy Calle del Poeta Querol nie można było jej kupić. Pani wskazała nam kolejną lokalizację przy Carrer de la Pau. Idąc tam przechodziliśmy niedaleko stacji metra Colon. Zadziałaliśmy instyktownie i już kilka minut później siedzieliśmy w wagoniku pędzącym w kierunku morza. Dla ciekawości podróż z centrum nad morze (linią nr 5) składa się dwóch etapów:
1. podziemny – dojeżdżamy do stacji Maritim-Serreria,
2. naziemny – (na tym samym bilecie, nadal linią nr 5) jedziemy tramwajem do stacji Neptu. Stąd do morza jest już kilkadziesiąt metrów.

Morze, jak morze. Słone, mokre, falujące. Nie mniej jednak warto zobaczyć port i marinę, wraz z namalowanymi na ziemi pasami, które raz w roku wskazują drogę bolidom F1. Plaża w Walencji bardzo przypomina nasze plaże. Jest bardzo szeroka, czysta z delikatnym
piaskiem. Wzdłuż plaży ciągnie się szeroka promenada wysadzana palmami, wśród których można znaleźć np. przyrządy do ćwiczeń (!). Pewnie się przydają po zjedzeniu obiadku w jednej z wielu przyplażowych knajpek. Pewnie kryzys jednak dotknął Hiszpanię, bo we wszystkich knajpkach serwowano tzw. Menu del dia. W naszym przypadku były to 4 przystawki, Paella (Valenciana lub Sea Food) i do wyboru kawa lub deser – całość 15 EUR. Napoje płatne extra. Patrząc, że w karcie porcja Paell’i koszuje ok. 12 EUR – całkiem przyzwoita cena.

Objedzeni ruszyliśmy w podróż powrotną do naszego „apartamentu”. Tym razem cała podróż odbyła się nad ziemią i tramwajem (L4 – bilet jak na metro) przejechaliśmy 12 przystanków, by wyśiąść na stacji Pont de Fusta, najbliższej naszego celu.

Zjedzony obiad zrobił swoje – czas na sjestę :)

Wieczorem udaliśmy się na spacer w świetle gwiazd (i lamp ulicznych). Zaraz po wyjściu naszą uwagę zwrócili ludzie w strojach sportowych z numerami na piersiach. Chwilę później okazało się, że właśnie 30 grudnia odbywa się już po raz 27 Valencia Maraton. Punktualnie o 20:00, zaraz po kawalkadzie petard, prawie 17 000 ludzi ruszyło na trasę. Start wszystkich zawodników, zarówno profesjonalistów, jak i amatorów, trwał prawie 20 minut. Przy okazji okazało się, że do maratonu to jednak jeszcze trochę brakuje, bo pierwszy zawodnik przybiegł na metę nie całe 10 minut, po starcie ostatniego. Czyli czas najlepszego wynosił poniżej pół godziny. Idąc dalej przez miasto co chwilę natrafialiśmy na zablokowane ulice, którymi biegły tłumy różnego typu przebierańców. Udział w biegu brały całe rodziny (z dziećmi w wózkach), grupy przyjaciół, ludzie z psami …

W końcu udało nam się dotrzeć do domu i lampką czerwonego mina zakończyć dzień pełen wrażeń.

 

Zobacz dzień pierwszy                              Zobacz dzień trzeci

Czytaj więcej